American Beauty – recenzja

americanbeauty

Kontynuując nadrabianie filmowych zaległości, zwróciłem się ku jednemu z najlepszych aktorów w Hollywood, a jest nim Kevin Spacey. Młodszej części widowni jest on zapewne głównie znany z roli Franka Underwooda z serialu „House of Cards”, bezwzględnego polityka który jest w stanie zrobić absolutnie wszystko w swojej drodze do Białego Domu. Lester z „American Beauty”, to zupełnie inna para kaloszy.

Tematy z życia wzięte są wg mnie najtrudniejszymi do odwzorowania na szklanym ekranie. W końcu są nam często tak bliskie, że łatwo jesteśmy w stanie wyczuć, gdy coś idzie nie tak. Taką prawdziwą historię z odrobiną niespodzianek przedstawia właśnie film „American Beauty”.

Już na wstępie dowiadujemy się, że główny bohater nie skończy najlepiej. Sam nam o tym opowiada. To dobry sposób na wciągnięcie widza, który ma pojęcie o tym, że wydarzy się coś złego, ale nie wie jak do tego dojdzie. Prosty trik, ale skuteczny.

Lester Burnham, to 42-latek który pracuje jako sprzedawca w wielkiej firmie. Jego żona, Carolyn zajmuje się sprzedażą nieruchomości, a ich córka, Jane to typowa nastolatka, która musi sobie radzić z dojrzewaniem, czy przynudzającymi rodzicami.

W pierwszych minutach filmu oglądamy zatem jedną z wielu amerykańskich rodzin. Ojciec i matka sprawiają wrażenie porażek, nie odnieśli w życiu założonych sukcesów. Wszystko zaczyna się jednak zmieniać, gdy para wybiera się na szkolny mecz, w którym ich córka odgrywa rolę cheerleaderki.

Główny bohater w pewnym momencie pokazu odpływa myślami. Jego wzrok skupia się na przyjaciółce Jane, Angeli, która wydaje się hipnotyzować go swoim tańcem. W wyobraźni Lestera, na sali zostaje tylko on i blond-włosa piękność, uwodząca swoim tańcem, a w końcu pokazująca mu swoje dwa „atuty”. Zamiast nich, w kierunku granej przez Kevina Spacey postaci zmierzają płatki róż.

Cała sytuacja, która miała miejsce w głowie Lestera, motywuje go do zmian, do spojrzenia w lustro i zrobienia porządku z własnym życiem. Kryzys wieku średniego na całego. Jego zachowanie odbija się na całej rodzinie. W te wydarzenia zostają wplątani także nowi sąsiedzi Burnhamów, a przede wszystkim ich syn, Rick, który swoją kamerą nagrywa różne ulotne chwile, sprzedaje trawkę i żywi uczucia do Jane.

W zasadzie film o kryzysie wieku średniego mógłby się nie udać. Przez większość czasu oglądamy jak Lester żyje pełnią życia. Zaczyna ćwiczyć, kupuje szybkie auto, odchodzi z pracy, wykorzystując wiedzę na temat firmy i szantażując zatrudnionego do zwalniania innych pracownika. Ma to swój efekt na  Carolyn, która także uwalnia się od brzemienia tego małżeństwa jakie na niej ciążyło.

Film nie bez powodu został nagrodzony pięcioma Oscarami. Najpierw trzeba zaznaczyć brawurową rolę Kevina Spacey. Przygotował się do roli nie tylko od strony charakteru i psychiki, ale także ze strony fizycznej, biorąc pod uwagę fakt, że Lester większość czasu spędza na ćwiczeniach. Wyciągnął z niego wszystko co najlepsze i zaprezentował to w tak wdzięczny sposób, że nie sposób nie trzymać strony głównego bohatera w tej sytuacji.

Świetnie wypadła także Annette Bening, której jako Carolyn, nie sposób polubić, a przynajmniej gdy jest się facetem. Wiele kobiet z pewnością dobrze zrozumie jej położenie i utożsami się z sytuacją, w której ta się znalazła. Poniekąd jest przecież ofiarą kryzysu wieku średniego swojego męża.

Wes Bentley, Thora Birch i Mena Suvari wcielający się kolejno w Ricka, Jane i Angelę dobrze wykonują swoje zadania. Stanowią w końcu integralną część filmu. Zachowujący się co najmniej dziwnie młody chłopak ma wpływ na wszystkich wokół siebie, Angela jest obiektem zainteresowania Lestera, a Jane stanowi trzecią stronę tej historii, trzecią opinię w zaistniałych okolicznościach.

Film z pozoru nie wydaje się być nadzwyczaj wciągający czy przełomowy, ale oryginalna historia, za którą Alan Ball został nagrodzony Oscarem, wnosi sporo świeżości i przenosi na ekran bardzo trudny, ale jakże nam bliski temat. Ani przez chwilę nie czułem się skrępowany oglądając rozpad rodziny, wręcz przeciwnie, bardzo chciałem się dowiedzieć co wydarzy się dalej.

„American Beauty”, to jedna z wielu pozycji obowiązkowych dla każdego miłośnika kina. Poważna tematyka filmu często odstrasza widzów, którzy na szklanym ekranie szukają rozrywki lub ucieczki od własnych problemów. Tutaj nie ma jednak mowy o czymś takim. Na koniec zawsze przychodzi refleksja na temat tego, czego właśnie byliśmy świadkami, a produkcja Sama Mendesa pochodzi z rodzaju tych, które szeroko otwierają nasze oczy, choć nie od razu zdajemy sobie z tego sprawę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>