Dwunastu gniewnych ludzi – recenzja

12 gniewnych ludzi

W dzisiejszych czasach coraz trudniej jest namówić młodych ludzi na oglądanie klasyki kina, filmów z lat 50. czy 60. Toczą się one w zupełnie innym tempie niż dzisiejsze hity, często są czarno-białe, a przedstawione w nich tematy wydają się być przeterminowane i nierzadko ciężko je po prostu zrozumieć. Niedawno przekonałem się jednak, że tym produkcjom trzeba dać szansę, nawet po takim czasie, a to za sprawą „Dwunastu gniewnych ludzi”.

Od 1957 r. wiele się zmieniło. Smartfony, komputery, rozrywka, sztuka. Jedno jednak pozostaje bez zmian – rola ławy przysięgłych w orzekaniu o winie oskarżonego. I o tym właśnie traktuje film Sidneya Lumeta.

Dwunastu mężczyzn zostaje zamkniętych w jednym pokoju i ma zdecydować o losie młodego chłopaka, który miał zabić swojego ojca. Wszyscy są pewni jego winy z wyjątkiem jednego. W ten sposób wywiązuje się dyskusja, a panowie rzucają na lewo i prawo argumenty za i przeciw, analizując całe zajście.

W filmie nie padają żadne nazwiska, a bohaterów poznajemy po prostu jako przysięgłego nr 1, przysięgłego nr 2, przysięgłego nr 3, itd. Każdy z nich jest oryginalny, inny i choć z pozoru mogą wydawać się bardzo prości, to film właśnie tego potrzebuje. Różnią się wiekiem, zawodem, zainteresowaniami i pochodzeniem. Dyskusję prowadzi tu Henry Fonda, niekwestionowana gwiazda filmu, a wtórują mu choćby Martin Balsam czy Lee J. Cobb. Wiem, że te nazwiska zapewne zbyt wiele wam nie mówią, ale warto zajrzeć do ich bibliografii.

Jak przekonać jedenastu mężczyzn do swojego zdania. Rozmową. Spokojną, analityczną rozmową. Przysięgli po kolei rozpracowują kolejne dowody, wydawałoby się oczywistego morderstwa. Są świadkowie zdarzenia, jest nawet narzędzie zbrodni, ale czy są one na tyle przekonujące by na zawsze zmienić czyjeś życie na gorsze? Film porusza temat tej niepewności i stara się pokazać jak cienka jest granica między winą, a niewinnością.

Istotne jest także podejście bohaterów. Z początku niemal wszyscy są pewni o winie. Jest nawet moment, w którym stwierdzają, że nie warto nawet głosować. Chcą mieć to szybko z głowy. Prawda jest jednak taka, że nie zawsze znajdzie się ten jeden sprawiedliwy, który przemyśli wszystkie „za i przeciw”.

Poza początkiem i końcem filmu, nie ma tu muzyki, ale nie jest ona potrzebna. Doskonałe dialogi, które są zasługą Reginalda Rose’a budują napięcie. Pomaga w tym także duszna, burzowa pogoda. Przysięgli pocą się niemiłosiernie, narastają w nich frustracje, a przed nimi bardzo ważne zadanie do wykonania.

Choć jak w wielu dramatach sądowych, także w „Dwunastu gniewnych ludziach” nie brakuje kilku nieścisłości (przysięgłych nie musi być dwunastu; wyrok musi zostać podjęty „ponad wszelką wątpliwość”, a nie jednomyślnie – może decydować, np. stosunek 10-2), to spełnia on swój cel. Duża w tym zasługa reżysera i montażystów, którzy potrafili w małej klitce zmieścić dwanaście osób, pokazać każdą z nich w innym świetle i z tego bez ruchu powstaje akcja godna najlepszych thrillerów.

„Dwunastu gniewnych ludzi”, to jeden z tego rodzaju filmów, który pokazuje, że nie trzeba zawsze szukać wyszukanych sposobów na opowiedzenie historii. To również dobry powód aby zaglądać w przeszłość, szukać tam inspiracji i próbować wyrwać się ze współczesności. Przede wszystkim jest to jednak film, który ideę stawia ponad bohaterów. Przez półtorej godziny zapomnicie o całym świecie  i będziecie tylko myśleć o dwóch słowach – winny, niewinny.

https://www.tygodnikprzeglad.pl/artykulamerykanskim-sadzie-jak-serialu/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>