American Gods – pierwsze wrażenia

American Gods

O co tu tak właściwie chodzi? Sam do końca nie wiem. Biorąc pod uwagę tytuł, mamy do czynienia z Bogami, którzy z jakiegoś powodu przebywają w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Dlaczego? Nie wiadomo, szybko okazuje się jednak, że w powietrzu wisi konflikt między „starą gwardią”, a rosnącymi w siłę młodymi bóstwami.

W samym środku tego sporu znajduje się Shadow, były więzień, który dopiero co wyszedł na wolność. Długo wyczekiwał tego upragnionego dnia, a ten (niestety dla niego) przyszedł wcześniej niż mógł się spodziewać. Jedna myśl utrzymywała go przy życiu w „pace”, myśl że znów zobaczy swoją żonę, obejmie ją i pocałuje. Ta miała jednak wypadek samochodowy, w wyniku którego zmarła, a zrozpaczony bohater zostaje z tej okazji zwolniony kilka dni wcześniej.

Toczące się wydarzenia wydają się być zaplanowane, a los Shadowa, choć z pozoru zupełnie zwyczajnego, a może nawet i nudnego, ma dla niego większe plany. Nieprzypadkowo spotyka on w samolocie człowieka, przedstawiającego się jako Mr. Wednesday, który na zawsze zmieni jego życia i wraz z pojawieniem się którego, wokół zaczynają się dziać naprawdę dziwne rzeczy.

Jak już zaznaczyłem, serial nie wydaje się mieć żadnego konkretnego kierunku, a przynajmniej nie dla osoby, która nie zna powieści „Amerykańscy Bogowie” Neila Gaimana, na podstawie której powstał. Jako, że zaliczam się do grona tych osób, postanowiłem na początku potraktować fabułę ulgowo i po prostu poczekać co się stanie.

Z pozoru oglądamy bowiem często niczym nie związane ze sobą sceny. Pierwsze odcinki rozpoczynają się od krótkich historii związanych z różnymi bóstwami, które ukazują ich potęgę oraz wpływ na ludzkość. Są tu wikingowie, są niewolnicy z Afryki. Następnie przeskakujemy do Shadowa, który rozpoczyna pracę jako kierowca tajemniczego Wednesdaya, i śledzimy ich podróż do Wisconsin, a w międzyczasie znów oglądamy Bogów, tym razem już w czasach współczesnych.

Nie stanowiło to dla mnie żadnej przeszkody w oglądaniu, bowiem warstwa wizualna serialu zapiera dech w piersiach. Jeśli widzieliście „Hannibala” Bryana Fullera, to wiecie czego można się tu podziewać, a ja mogę tylko powiedzieć, że jest nawet lepiej i piękniej. Przewijające się przez ekran barwy w pewien sposób hipnotyzują. Zarówno kolorystyka krajobrazów jak i wnętrz pomieszczeń, czy samych przedmiotów, tworzą niesamowity obraz świata, którym rządzą Bogowie.

Świetne wrażenie wywarł na mnie wspominany już niejednokrotnie Pan Wednesday, którego brawurowo zagrał Ian McShane. Jest charyzmatyczny, tajemniczy, zabawny, a jednocześnie widać, postać w którą się wciela nosi pewien ciężar i być może nieuchronnie zbliża się jego koniec. Jego liczne życiowe porady skierowane do Shadowa mogą wydawać się niedorzeczne, żeby następnie stały się prawdziwe.

Z kolei głównego bohatera sportretował Ricky Whittle. Naprawdę ciężko cokolwiek powiedzieć na jego temat, bo Shadow to zwykły człowiek w tym niezwykłym świecie. Powoli  poznajemy jego kolejne cechy, ale z początku możecie uznać go za najsłabszą postać w całym serialu. W niektórych momentach potrafi on jednak zaprezentować taką intensywność, że napięcie w powietrzu narasta.

„American Gods” już po pierwszych odcinkach zachwyca, przede wszystkim swoją tajemniczością, charyzmatycznymi postaciami oraz wszystkim co mamy okazję zobaczyć. Jest to absolutnie pozycja nie do przegapienia. Niech zachęci was choćby niewielka ilość odcinków – 8 – czy chociażby fakt, że stacja Starz już przedłużyła serial na kolejny serial. Oni poznali się na produkcji Bryana Fullera, więc nie traćcie więcej czasu i przekonajcie się sami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>