Syn (serial) – pierwsze wrażenia

Syn

W 2013 r. ukazała się powieść „Syn” Philippa Meyera, która z miejsca została okrzyknięta jedną z najważniejszym amerykańskich książek XXI w., a krytycy nie szczędzili miejsca na pochwały. Nic więc dziwnego, że ktoś postanowił przenieść tę historię na szklany ekran. Za projekt zabrała się stacja AMC, a oczekiwania były wielkie.

Być może epicka opowieść o rodzinie McCullough jednak przerosła swoich twórców, ale o tym za chwilę. „Syn” opowiada o wspomnianej już rodzinie, na której czele stoi Eli, w którego wcielił się Pierce Brosnan. Wydarzenia mają miejsce w dwóch okresach czasowych. Pierwszy przenosi nas do 1849 r. i opowiada o losach młodego Eli i jego relacji z plemieniem Komanczów, które zabiło jego rodzinę i uprowadziło go. Następnie trafiamy do 1915 r. by zobaczyć jak dorosły już bohater mierzy się z zupełnie innymi problemami jak konflikt z Meksykanami, zadbanie o dobrobyt własnej rodziny oraz wzbogacenie się na ropie, której w północnym Teksasie ewidentnie brakuje.

Tak więc, z jednej strony powoli odkrywamy jak Eli stał się tym kim jest poprzez sceny retrospekcji, z drugiej strony przyglądamy się już właściwej akcji i zachodzimy w głowę w jaki sposób doszło do przemiany głównego bohatera, bo tę zauważamy na pierwszy rzut oka. Sceny przeszłości są bardzo interesujące, gdyż nie tylko ukazują nam sekrety McCullougha, ale także kulturę, tradycje oraz cierpienia Komanczów. Większości Polaków historia Stanów Zjednoczonych jest raczej obca, a i sami Amerykanie często wykazują wielką arogancję i brak wiedzy w tym temacie, więc można stąd wynieść sporo ciekawych informacji.

Z kolei ta część fabuły, w której centrum znajduje się Pierce Brosnan może pozostawić nieco do życzenia. Pal licho jej powolne tempo, bohater po prostu rzadko kiedy ma coś interesującego do powiedzenia. Można odnieść wrażenie, że najciekawsze zostawia sobie na później albo po prostu nie chce się z nikim dzielić swoimi doświadczeniami. Nie miałem okazji przeczytać książki, ale w zasadzie przedstawiona w serialu historia nie wyróżnia się niczym spośród wielu westernów do których mam dostęp. Następuje zbrojny konflikt, są zatem pościgi, strzelaniny i zasadzki. Tego typu starcia były już jednak do bólu eksploatowane przez ostatnie kilkadziesiąt lat, w czym zatem tkwi siła „Syna”.

Jak sam tytuł wskazuje mamy tu do czynienia z rodziną, dodam że wielopokoleniową. Prócz głównego bohatera spotykamy także jego synów oraz wnuki. Pierwsze skrzypce gra Pete, który mieszka z ojcem, żoną i swoimi dziećmi i to on ma odziedziczyć biznes. Mogłoby się tak wydawać, ale to Eli nadal ma najwięcej do powiedzenia, a jego syn nie wzbudza tak wielkiego respektu w okolicy. Jest także Phineas. Ten z kolei zajmuje się kwestiami czysto biznesowymi, pozyskuje klientów którzy zechcieliby zainwestować w jałową ziemię północnego Teksasu, prezentując ją w jak najlepszych barwach. Nie można mu odmówić drygu do handlu. Pomiędzy braćmi zarysowuje się delikatna rywalizacja, można odczuć że żaden z nich nie jest do końca zadowolony ze swojego statusu. Odrobiny pikanterii dodaje fakt, że Phineas zdaje się czuć coś do żony brata, Sally, a w scenach między nimi czuć w powietrzu napięcie.

Skoro jednak mowa o rodzinie, to należy chyba wspomnieć o uczuciach. Tych ze strony nestora rodu raczej nie ujrzycie. Eli to twardziel, który niejedno przeszedł w życiu. Może o tym nie mówić, ale da się to zauważyć. Ciężko uwierzyć w to, że Pierce Brosnan gra tu 70-letniego kowboja z Teksasu, bo trzyma się naprawdę dobrze, a sama broda, choć pięknie przystrzyżona, nie wystarcza. Główny bohater zdaje się bardziej dbać o swoje dziedzictwo, niż to co jego potomkowie z nim zrobią. Także tutaj nie upatrywałbym najmocniejszego punktu serialu.

Sceny walk z Indianami, czy Meksykanami wyglądają na niedopracowane oraz pełne chaosu. I bardzo dobrze! Dodaje to im realizmu. Kamera nie zawsze znajduje się we właściwym miejscu, ale uchwyca to co najważniejsze, czyli walkę o życie i przemoc, która jej towarzyszy. Być może dziś ciężko jest nam zrozumieć jak można było kłócić się o coś tak błahego jak kawałek ziemi i choćby nie pozwolić Meksykanom spokojnie żyć w obrębie Stanów Zjednoczonych. Konflikt może nam wydać się bezsensowny, ale jego konsekwencje są jak najbardziej realne.

Trzeba w tym miejscu wspomnieć również o fantastycznej pracy jaką wykonują Zahn McClarnon (2. sezon „Fargo”, „Longmire”) oraz pozostali aktorzy wcielający się w plemię Komanczów – 0d języka, poprzez samo zachowanie, aż do pełnego naturalizmu z jakim się poruszają i walczą. Stanowią jeden z najjaśniejszych punktów „Syna”. Co zaś się tyczy większość postaci z drugiej strony barykady, tzn. „prawdziwych” Amerykanów, to są to głównie osoby które uważają się za lepszych od „kolorowych” i praktycznie nie doświadczycie tu innych charakterów, w końcu takie czasy. Powoduje to jednak, że wiele scen w których Teksańczycy gromadzą się – czy to aby walczyć, czy ruszyć w pościg, czy balować – jest po prostu nudnych.

Sama obsada aktorska może nie powalać na nogi, szczególnie że najważniejszy i tak jest tutaj Pierce Brosnan, ale znalazło się miejsce na kilka ciekawych występów. David Wilson Barnes i Henry Garrett, wcielający się w synów Eli, spisują się nad wyraz dobrze. Najbardziej irytującą postacią szybko staje się żona Pete’a, Sally którą zagrała Jess Weixler, choć kroku nie ustępuje jej odgrywająca rolę córki jej bohaterki, Jeannie, młoda Sydney Lucas. Pod względem warsztatu i samej prezentacji ciężko tu jednak komukolwiek coś zarzucić. Bardzo przyjemnie słuchało mi się teksańskiego akcentu w bardzo różnorodnym wykonaniu, a każde z nich lepiej przenosiło mnie w te czasy i to miejsce.

No właśnie, miejsce. Serial kręcony był w Teksasie i nie da się ukryć, że świetnie odwzorował realia II poł. XIX oraz początku XX w. Zdjęcia potrafią odebrać dech w piersiach. Można dojść do wniosku, że nic się tam nie zmieniło, a to bardzo dobrze świadczy o twórcach „Syna”. Świetnie dobrali lokalizacje i zadbali o najmniejsze detale, tak aby wszystko było jak najwierniejsze realiom historycznym.

„Syn”, to także muzyka. Naprawdę wciągający jest już sam opening, który błyskawicznie stara się nam zaprezentować głębię i wydarzenia, których za chwilę będziemy świadkami. Melodia jest szybka, swojska, a jednocześnie na tyle poważna by zorientować się, że w tym serialu nie chodzi o zabawę. Ścieżka dźwiękowa oddaje wszelkie emocje – napięcie, strach, miłość, a przede wszystkim epickość tej historii. Odpowiada za nią Nathan Barr, nominowany do nagrody Emmy w kategorii „najlepszy muzyczny motyw przewodni” za „Zawód: Amerykanin” i „Hamlock Grove”.

„Syn”, to serial o wielkim potencjale. Ten potencjał wykracza poza możliwość stworzenia dobrego westernu. Na początku nie zostaje on jednak wykorzystany. Tempo akcji toczy się jednak powoli. Twórcy nie starają się zarzucić widza historycznymi informacjami i spokojnie rozwijają kolejne postacie z Eli McCulloughem na czele. Myślę, że nie musisz być miłośnikiem gatunku żeby dać szansę najnowszej produkcji AMC. Ciężko będzie w tej chwili znaleźć jakiś serial czy nawet film, który mógłby stanowić dla niego konkurencję. To coś zupełnie innego od tego co do tej pory mogliście obejrzeć za sprawą amerykańskiej stacji. Nigdy nie jest tak, że wszystko co najlepsze przychodzi najpierw, więc jeśli nie dacie mu szansy, możecie przegapić coś naprawdę spektakularnego. Premiera w Polsce już 11 maja!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>