Guardians of the Galaxy vol. 2 – recenzja

Strażnicy Galaktyki 2

Kinowe uniwersum Marvela znów powraca. Kolejny raz przenosimy się do odległej przestrzeni kosmicznej by śledzić przygody Strażników Galaktyki. Długo wyczekiwana kontynuacja nieoczekiwanego hitu przede wszystkim robi jedną ważną rzecz. Nie próbuje przebić swojej poprzedniczki, trzymając na swoich barkach ciężar jej sukcesu, a rozwija bohaterów i skupia się wyłącznie na ich przygodach.

Po obejrzeniu drugiej części „Strażników Galaktyki” mamy już całkowitą pewność, że James Gunn, to osoba na właściwym miejscu, jedyna zdolna do poprowadzenia tego rozgrywającego się w przestrzeni kosmicznej grajdołku.

O ile w pierwszym filmie oglądaliśmy jak zawiązuje się grupa i oswajaliśmy się z zupełnie nowymi postaciami oraz scenerią, o tyle tutaj Strażnicy Galaktyki prezentują się nam w całej swojej okazałości. Zostajemy wrzuceni prosto w jedną z wykonywanych przez nich misji, która jak się później okaże, będzie miała większy wpływ na fabułę, niż mogłoby się nam to z początku wydawać.

Star-Lord i spółka bronią ogniw na planecie i od razu przypominają nam, że stanowią bardzo dysfunkcyjną rodzinę. Akcja ma miejsce raptem dwa miesiące po wydarzeniach z pierwszego filmu, zatem ekipa dopiero co się zawiązała. Pod względem charakteru jednak się nie zmienili i gdy Rocket kradnie owe bardzo cenne baterie, za grupą rusza cała flota planety Suwerennych. Strażników ratuje jednak tajemniczy osobnik, który jednym strzałem niszczy wszystkie statki.

Wybawicielem paczki bohaterów okazuje się Ego. Znalazł się on tam nie przypadkiem, gdyż od dawna poszukuje swojego syna. Syna, którym okazuje się być Peter Quill. W ten sposób strażnicy ruszają na kolejną planetę, a wokół ojca Star-Lorda utrzymuje się aura tajemnicy. W końcu dlaczego, dopiero po tylu latach go odnalazł, skoro wydaje się dysponować mocą i zasobami, które powinny zdecydowanie ułatwić i skrócić jego poszukiwania.

Strażnicy może i znów ratują galaktykę, ale nie da się ukryć, że ma to miejsce na nieco mniejszą skalę. Nie oznacza to jednak, że akcji jest mniej, wręcz przeciwnie, tempo zaprezentowanej historii jest naprawdę szybkie, ale nie na tyle byśmy nie mogli się w tym wszystkim połapać. Fabuła nie jest skomplikowana, a cieszy również fakt, że film został potraktowany nieco w oderwaniu od reszty wydarzeń z uniwersum Marvela. Tu i ówdzie wspomina się co prawda o Thanosie, ale nie mamy żadnych bezpośrednich nawiązań do tego co czeka nas w nadchodzących filmach „Avengers”.

Najważniejszy element filmu stanowią relacje między tytułowymi bohaterami. Oglądamy zupełnie nową wersję Groota, a z nią także nieco zmieniony charakter drzewiastej postaci. Drugą stronę medalu obserwujemy również u Draxa, który wygłasza bodaj najśmieszniejsze teksty w całym filmie, po prostu mówi to co myśli. Oprócz tego szerzej poruszony zostaje wątek więzi między siostrami Nebulą, a Gamorą. Nic w tym jednak dziwnego, gdyż Strażnicy Galaktyki są dla siebie rodziną, co zostaje zresztą podkreślone w samym filmie.

Czas poruszyć temat aktorstwa, które stało na naprawdę dużym poziomie. „Guardians of the Galaxy vol. 2”, to prawdopodobnie produkcja o największym natężeniu charyzmatycznych postaci w historii Studia Marvel. Genialny jest Dave Bautista jako Drax. Nie stanowi tylko kupy mięśni i maszyny do zabijania. Świetnie wypada w momentach lżejszych, komediowych, a jego wyczucie czasu, humor i złośliwości względem innych są jednym z najjaśniejszych składowych filmu. Chris Pratt jest naszym typowym bohaterem, na którego zawsze możemy liczyć, ale do roli Petera Quilla potrafi wnieść element emocjonalny, dzięki któremu zawsze przykuwa uwagę widza. Także Karen Gillian i Zoe Saldana dobrze wykonują swoje zadania, ale nie da się ukryć, że zostają przyćmione przez swoich kolegów. Co prawda Nebula dostała naprawdę dużo ekranowego czasu, ale wobec tej postaci nie można czuć niczego innego niż współczucie.

Czas na dwie osoby, które według mnie skradły show. Pierwszą z nich jest Yondu, w którego wcielił się Michael Rooker. Po prostu nie spodziewałem się, że przywódca kosmicznych bandytów ma tyle do zaoferowania, a odgrywający go aktor robi to fantastycznie. Poznajemy Yondu z bardziej emocjonalnej strony, a wraz z postępującą akcją przyjmujemy go do naszej rodziny.

Drugą postacią, o której nie można wspomnieć jest Baby Groot. Pod koniec pierwszej części „Strażników Galaktyki” poznajemy los kosmity, któremu udało się przeżyć. Teraz jest malutkim drzewkiem i jak się szybko okazuje, także jego charakter odpowiada wyglądowi, gdyż zachowuje się on po prostu jak dziecko. Stanowi to wyjście dla wielu fantastycznych scen, w tym jego tańca w trakcie gdy pozostali członkowie grupy rozprawiają się z kosmiczną bestią, czy gdy stara się uwolnić swoich przyjaciół, nie mogąc się z nimi dobrze porozumieć. Szkoda, że w tym przypadku rola Vina Diesela została ograniczona, gdyż Groot po prostu nie mówi zbyt wiele, a gdy już to robi słyszymy cieniutki i uroczy głosik, który nie mógł wyjść wprost z krtani ekranowego twardziela i gwiazdy serii „Szybcy i Wściekli”.

Tradycyjnie Marvel ma problem ze złoczyńcami. Tym razem głównym antagonistą jest Ego, w którego wcielił się Kurt Russell. Nie da się ukryć, że wypada on o niebo lepiej niż Ronan w pierwszej części kosmicznych przygód, ale z góry zdajemy sobie sprawę jaki los go czeka.

Efektów specjalnych mamy tu do kwadratu i to one napędzają akcje. Jest kilka spektakularnych scen z ich wykorzystaniem, których po prostu nie można przegapić. Nieważne czy Rocket zastawia pułapki na przeciwników, czy Yondu stara się rozwiązać konflikt ze swoją załogą (oczywiście w niezbyt pokojowy sposób), wszystkie sceny wyglądają świetnie. po pewnym czasie można poczuć pewien przesyt nimi, ale wtedy twórcy serwują nam coś takiego, że nie możemy później przestać o nich rozmawiać.

Nie sposób nie powiedzieć choćby słowa o muzyce. Ta stanowiła integralną część pierwszego filmu i podobnie rzecz się ma tutaj jednak w nieco mniejszym stopniu. Tym razem nie usłyszycie tak wielu popularnych hitów, ale każdy utwór perfekcyjnie uzupełnia rozgrywające się na ekranie wydarzenia. Od George’a Harrisona przez Fleetwood Mac, aż po Cata Stevensa, kolejną muzyczną podróż należy uznać za jak najbardziej udaną.

Jednym z najfajniejszych fragmentów filmu, co może zabrzmieć nieco dziwnie, są napisy końcowe, które zostały opracowane w bardzo nieszablonowy sposób. W tle przewijają się wizerunki różnych postaci, część z nich nawet tańczy. Co jednak ważniejsze, James Gunn uraczył nas w trakcie ich trwania, aż pięcioma scenami! Na dodatek każda z nich krótko zarysowuje pewne wątki, których rozwinięcie zapewne ujrzymy w kolejnej części „Strażników”.

Nie obejrzenie tego filmu byłoby zbrodnią przeciwko rozrywce i dobrze spędzonym nieco ponad dwóm godzinom. „Guardians of the Galaxy vol. 2” oferuje nam wszystko, to co najlepsze w uniwersum Marvela – pościgi, walkę, nadprzyrodzone zdolności, humor i dużo dobrej muzyki. Dla mnie jest to najbardziej przemyślana ze wszystkich komiksowych ekranizacji. Każdy dialog, każda akcja, każdy strój, każda planeta, wszystko jest na swoim miejscu. W trakcie seansu doznacie wszelkich możliwych emocji od śmiechu i radości, aż po smutek, a niektórzy być może nawet uronią łzę. Być może po prostu się starzeję albo zachowuje się jak kobieta w ciąży, ale na mnie wszystkie emocjonalne zabiegi podziałały bardzo pozytywnie. James Gunn znów tego dokonał, a jedyne co nam pozostaje to czekać na kolejną część „Strażników”, a w międzyczasie rozkoszować innymi filmami studia Marvel, które póki co jeszcze nie zawiodło.

6 przemyśleń na temat “Guardians of the Galaxy vol. 2 – recenzja”

  1. ~linka pisze:

    Moim zdaniem lepsza niż pierwsza część. Pytanie za 100 pkt, czy widziałeś sceny po napisach? Niestety z braku czasu zostałam tylko na dwóch, a ponoć jest pięć…

    1. Marek Wasiński pisze:

      Widziałem wszystkie i można śmiało powiedzieć, że każda z nich jest bardzo fajna i daje pewien wgląd w to, czego możemy się spodziewać po kolejnej części „Strażników Galaktyki”. Tylko ostatnia była typowo dla śmiechu, znów pojawił się tam Stan Lee.

  2. ~linka pisze:

    Czy mogę poprosić o spojlery? bo raczej drugi raz na seans nie pójdę… Ciekawe, czy daliby mi zniżkę gdybym poprosiła o bilet na samą końcówkę. Widziałam te ze Stallone i potem z tą złotą babeczką, która mówiła o Adamie.

    1. Marek Wasiński pisze:

      Groot dorasta i już jest nastolatkiem, Kraglin zdaje się będzie następcą Yondu, bo uczył się gwizdać i posługiwać jego bronią, zapewne dołączył do Strażników. W następnym filmie najpewniej pojawi się Adam, lepiej znany z komiksów jako Adam Warlock, jedna z postaci która przyczyniła się do pokonania Thanosa, choć podejrzewam, że tu fabuła rozwinie się inaczej. Stallone spiknął się z innymi przywódcami gangów, żeby znów działali razem. A na koniec znów pojawił się Stan Lee, którego Obserwatorzy w końcu olali, bo najwidoczniej nie mogli znieść jego gadania.

  3. ~linka pisze:

    Dzięki bardzo :D

    1. Marek Wasiński pisze:

      Polecam się.

Odpowiedz na „Marek WasińskiAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>