Logan: Wolverine – recenzja

Logan

Tym razem chciałbym opowiedzieć wam o postaci bardzo bliskiej memu sercu i filmie, który póki co zakończył jej przygody na szklanym ekranie. Wiele osób zdążyło już zaznaczyć, że coraz rzadziej obecnie zdarza się, że jeden aktor przez długie lata wciela się w bohatera, wystarczy spojrzeć na Batmana czy Supermana. Ale nie Logana.

Moje pierwsze spotkanie z „Wolverinem” miało miejsce na początku tego millenium. Wtedy to też natrafiłem na serial animowany „X-Men”. „Rosomak” był tylko jednym z całej plejady bohaterów, ale jego postawa i charakter, a przede wszystkim zero strachu i szpony z adamantium szybko przemówiły do wyobraźni dziecka. Niedługo potem miała miejsce premiera filmu „X-Men” i Logan pozostał ze mną na długie lata, przechodząc wzloty i upadki.

Nie potrafię sobie wyobrazić nikogo lepszego do tej roli poza Hugh Jackmanem. Gdy dowiedziałem się, że „Logan: Wolverine” będzie pożegnaniem Australijczyka z kultową rolą, nie byłem szczęśliwy. Uważałem, że ta postać w jego wykonaniu zasługuje na o wiele więcej niż udało się to pokazać do tej pory. Później pomyślałem jednak, że jeśli ta ostatnia historia zostanie w odpowiedni sposób opowiedziana, może rzeczywiście najwyższy czas odstawić na jakiś czas mutanta.

Film w reżyserii Jamesa Mangolda ma miejsce w 2029 r. Przyszłość jest nieprzyjazna mutantom. Większość z nich została wyłapana i pozbawiona życia, tylko nielicznym udało się uniknąć tego losu. Jedną z takich osób jest Logan. Nie jest on jednak tym samym człowiekiem co kiedyś. Nosi siwiejącą brodę, kuleje i jest kierowcą limuzyny. Jego zdolności regeneracyjne niemal całkowicie zaniknęły i jego ciało odmawia mu posłuszeństwa.

Logan z trudem wiąże koniec z końcem, ale wszystko robi w jednym celu. Ma zamiar kupić łódź i wypłynąć na otwarte morze razem z profesorem Xavierem, którym się opiekuje. Zniedołężniały i chory Xavier musi być pod stałą kontrolą, gdyż choroba powoduje, że nie jest w stanie kontrolować swoich mocy. Tajemnicą pozostaje los reszty X-Menów, ale da się wyczuć, że ma to coś wspólnego z jego stanem.

I najważniejsze. Pewna kobieta rozpoznaje w podstarzałym Loganie Wolverine’a i prosi go o pomoc. Ten olewa jednak kobietę i nie chce mieć nic wspólnego ze swoim dawnym życiem. Po jakimś czasie znów na nią natrafia i tym razem nie ma już odwrotu. Musi przetransportować jej córkę w określone miejsce, które ma być schronieniem dla mutantów. Dziewczynka jest poszukiwana przez ludzi z firmy Alkali-Transigen, którzy chcą się jej pozbyć. W ten oto sposób główny bohater pakuje się w kolejne, prawdopodobnie ostatnie tarapaty w swoim życiu.

Film ma wyraźnie zaznaczony wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Reżyser spokojnie wprowadza nas w świat, którego żaden widz nie skojarzy z uniwersum X-Men. Powoli przyzwyczajamy się do nowej rzeczywistości i nowego stanu Logana, by potem ruszyć z kopyta. Tempo zostało naprawdę dobrze wyważone i nie ma ani jednej zbędnej sceny.

„Logan: Wolverine”, to kolejny po „Deadpool” film z kategorią „tylko dla dorosłych”, a jego bohaterowie świetnie odnajdują się w tym środowisku. Klnący Logan, to dla nas nic nowego, ale Charles Xavier rzucający obelgami na lewo i prawo, to sytuacja która mogła zadziałać tylko w określonych okolicznościach. Wyobraźcie sobie, że profesor X obraża Storm albo Jean Grey. Niemożliwe. A tutaj, biorąc pod uwagę jego kondycję i sytuację w której się znajduje, brzmi to bardzo naturalnie.

Skoro już mówimy o kategorii wiekowej filmu, to należy wspomnieć o brutalności. Wszyscy dobrze wiemy, że sposób w jaki Wolverine walczy jest spektakularny i pełny lejącej się krwi. Stan Logana na szczęście nie pozbawia nas tego elementu rozrywki. Nie jest jednak tak, że produkcja przepełniona jest niepotrzebną agresją czy okrucieństwem. Każda scena walki jest przemyślana i wykonana bez zbędnych ruchów, a Hugh Jackman znów imponuje swoim wyrzeźbionym jak skała ciałem.

Logan mógł się zestarzeć, stracić siłę i szybkość, ale nadal potrafi skopać tyłek komu trzeba. Niestety sporo go to kosztuje. Gdy tylko przebijał wroga swoimi szponami na mojej twarzy pojawiał się uśmiech. Gdy, to on zbierał od innych niemiłosierne lanie, w oku kręciła mi się łza. Wszyscy w końcu się zestarzejemy i umrzemy, ale patrzenie jak ten jeden, wydawałoby się niezniszczalny bohater, także ugina się pod ciężarem życia jest bardzo przejmujące i gra na emocjach widza. Jeśli jednak Logan ma opuścić scenę, to równie dobrze może to zrobić z jajem, a twórcom się to udało.

Patrząc na całą historię na papierze, nie mamy tu do czynienia z największym arcydziełem kina, ani nawet najlepszym filmem super-bohaterskim. Bez dobrej gry aktorskiej, to po prostu mogło się nie udać. Na szczęście do tego nie doszło. Powiem nawet więcej. Obejrzycie najlepszy występ Hugh Jackmana i Patricka Stewarta spośród wszystkim produkcji sygnowanych logiem X-Men. Jackman, to Wolverine, nic więcej nie trzeba tu dodawać. Z kolei pan Stewart w końcu dostał szansę pokazać Charlesa Xaviera z innej, bardziej intymnej strony, a nie tylko jako mentora i zrobił to wyśmienicie.

Oprócz tego w filmie występuje także Stephen Merchant, który wciela się w mutanta o zdolnościach tropienia imieniem Caliban, Boyd Holbrook który prowadzi pościg za Laurą oraz Richard E.Grant odgrywający tajemniczego Dr Rice odpowiedzialnego za wyłapanie wszystkich mutantów. Poza tym Głowne trio musi się zmierzyć z masą bandziorów z wieloma ulepszeniami oraz najlepszymi dostępnymi środkami.

Najważniejszym elementem filmu, jest relacja między trójką głównych bohaterów – Loganem, Xavierem i Laurą, dziewczynką którą mają zamiar uratować. W jej rolę wcieliła się Dafne Keen, młoda, szerzej nieznana aktorka. I ta więź, która wytwarza się między postaciami ciągnie cały film, a bez chemii między aktorami film mógłby okazać się klapą. Keen absolutnie nie odstaje od swoich starszych partnerów na planie, w taki sposób jakby była doświadczoną aktorką z wieloma nagrodami na koncie.

Wiele osób wskazało na to, że „Logan: Wolverine” to swego rodzaju western. Główny bohater przemierza pustkowia, co jakiś czas zatrzymując się w większych miastach. Logan rzeczywiście przypomina styranego kowboja, który najchętniej wróciłby do domu, położył się w swoim łóżku, zasnął i już nigdy się nie obudził.

Do filmu świetnie została wkomponowana muzyka, za którą odpowiada Marco Beltrami (pracował przy takich filmach jak: „World War Z”, „Wolverine”, czy The Hurt Locker. W pułapce wojny”). Potrafi ona zarówno poruszyć widza jak i wprowadzić w pościg, a nawet stworzyć atmosferę strachu. Oprócz tego słyszymy także znane utwory jak „Amazing Grace”, „Way Down We Go”, czy „I Got A Name”. W pierwszej chwili możemy sobie z tego nie zdawać sprawy, ale wszystkie mają odpowiednio dobrane miejsce w filmie i mają duży wpływ na jego tempo. „Logan: Wolverine” w bardzo nastrojowy sposób kończy piosenka Johnny’ego Casha „The Man Comes Around” przy której niejeden dorosły mężczyzna uroni łzę.

Film Jamesa Mangolda, to nie tylko opowieść o starzeniu się i przemijaniu. Opowiada bowiem o tym, że to nie koniec i początek są najważniejsze, ale to co w środku, to jak własne życie przeżyliśmy. Wolverine z pewnością nie może być dumny ze wszystkiego czego dokonał, przecierpiał więcej niż ktokolwiek inny i jak nikt zasłużył na odpoczynek. Dorastałem razem z tą postacią, a teraz już jako dorosłej osobie bardzo ciężko mi się z nią rozstać. Po jakimś czasie Logan powróci w nowej odsłonie, kto inny będzie się w niego wcielał i na pewno wybiorę się na wszystkie filmy, w których się pojawi, ale dla mnie „Rosomak” zawsze będzie tylko jeden. Dziękujemy, Hugh Jackman, Wolverine!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>