Iron Fist – recenzja

źródło: filmweb.pl

Serialowa ekspansja Marvela trwa najlepsze. Po zeszłorocznym serialu Netflixa, „Luke Cage” przyszła pora na „Iron Fist”, który prezentuje nam bohatera prosto z Dalekiego Wschodu. Podobnie jak w poprzednich Marvelowskich produkcjach, poznajemy kolejne odcienie Nowego Jorku, nowe postacie, a to wszystko w myśl buddyjskiej filozofii.

„Iron Fist”, to 13-odcinkowa historia Danny’ego Randa. Po 15 latach nieobecności wraca on do domu, do Nowego Jorku, a przynajmniej tak mu się wydaje. Jego przywitanie nie należy bowiem do najmilszych, gdyż nikt nie wierzy w to, że jest dziedzicem rodziny Randów.

Dowiadujemy się, że ten długi okres czasu spędził on w tajemniczym mieście K’un-Lun w Himalajach. Trafia tam poprzez wypadek jakiemu ulega samolot z nim oraz z jego rodziną na pokładzie. Niestety dla Danny’ego, tylko jemu udaje się przeżyć. Odnajdują go tamtejsi mnisi i szkolą na wojownika, który w przyszłości ma bronić dostępu do ich zakonu, Iron Fista.

Danny’ego spotykamy w Nowym Jorku i nie prędko dowiadujemy się czemu tam przybył. Chce on tam odzyskać swoją firmę i należne mu dziedzictwo, a przy okazji dowiaduje się, że miastem rządzi bezwzględna organizacja „Ręka” (ang. Hand) czyli odwieczni wrogowie Iron Fistów. W ten sposób wkraczamy do kolejnego Marvelowskiego serialu od Netflixa.

Poznajemy całą plejadę nowych bohaterów i całe grono osób, które śmiało może walczyć o nagrodę dla najbardziej irytującej postaci w telewizji. Na początek spotykamy rodzinę Meachumów, współwłaścicieli firmy Rand, a są to rodzeństwo Joy i Ward oraz ich ojciec Harold. Całą trójka zostaje mocno eksponowana, a ich zachowania często są skrajne, np. Joy bardzo chce uwierzyć w to, że Danny rzeczywiście powrócił i nie jest to żadna farsa i cały czas nam o tym przypomina, a innym razem pokazuje że w prowadzeniu firmy nie ma miejsca na przyjaźń i potrafi zagrać po bandzie. Jej brat jest jeszcze gorszy, bo jeśli nie wychodzi na tchórza przed własnym ojcem, to wyżywa się na siostrze i działa irracjonalnie.

Najjaśniejszą i najciekawszą postacią jest Colleen Wing, mistrzyni sztuk walki, która pomaga Danny’emu, potrafi skopać tyłek każdemu przestępcy, a na dodatek skrywa wiele tajemnic i nie jest prostym orzechem do zgryzienia. Wing nie chce się w pełni otworzyć przed Dannym, ale w końcu także i do tego dochodzi. Wcielająca się w nią Jessica Henwick wykonała kawał świetnej roboty. Oprócz niej w serialu pojawiają się także Jessica Stroup, David Wenham oraz Tom Pelphrey grający kolejno Joy, Harolda i Warda, a każde z nich nadaje odgrywanej przez siebie postaci własne życie.

Fabuła serialu jest nieco pogmatwana, albowiem od jednego wątku szybko przechodzimy do drugiego. Na początku Danny po prostu chce odzyskać firmę oraz jedyną rodzinę jaka mu została, potem zostaje zamknięty w szpitalu psychiatrycznym, następnie staje do walki z „Ręką”, skacze z jednego miejsca na drugie. Potrafi to zdezorientować, szczególnie że pojawiają się tu wątek, który został już zapoczątkowany w „Daredevilu” i ma się wrażenie jakby brakowało tu nowości i oryginalności – „New series, same old shit”.

Jednym z wielu absurdów, którymi „Iron Fist” was uraczy jest między innymi kolor włosów głównego bohatera. Jak wiadomo, w komiksach Danny Rand to blondyn. Z kolei Finn Jones grający głównego bohatera jest wyraźnie farbowanym blondynem i to w niewielkim stopniu. Jakby tego było mało, już w pierwszym epizodzie oglądamy Randa sprzed 15 lat z prostymi, brązowymi włosami sięgającymi do ramion. Gdy wraca do Nowego Jorku jest już farbowanym blondynem, na dodatek z kręconymi włosami! Czegoś takiego jeszcze nie było. Iron Fist robi sobie trwałą!

Sceny walki, które powinny tu być absolutnie najważniejszym elementem wypadają blado. Być może są nawet słabsze niż te z seriali stacji CW jak „Arrow”. Z jednej strony można zrozumieć, że główny bohater dopiero rozwija swoją moc, nie będzie więc rozbijał jednego wroga za drugim jak gdyby nigdy nic. Z drugiej strony „Iron Fist” jest cieniem „Daredevila” i zahacza o kino akcj klasy B, a przecież wiemy, że stać ich na o wiele więcej.

Co prawda motyw przewodni i sam „opening” nie są wybitnej jakości, ale ścieżka dźwiękowa spisuje się naprawdę dobrze. Mamy tu mieszankę azjatyckich dźwięków z rapowym utworami, co stanowi ciekawą mieszankę. Do „Luke’a Cage’a” brakuje sporo, ale jest na czym pracować.

Największą zaletą serialu jest fakt, że dobrze wpisuje się w całe uniwersum Marvela. Tradycyjnie wspomina się już o herosach występujących w filmach kinowych, choć oczywiście nie wspomina się o ich imionach, jest też oczywiście Claire Temple, która pojawiła się we wszystkich produkcjach Netflixa sygnowanych szyldem Marvela. Dodatkowo „Iron Fist” stanowi solidny przedsmak tego co czeka nas w serialu „Defenders”, gdy czwórka bohaterów spotka się razem, aby (najprawdopodobniej) rozprawić się z trzęsącą całym miastem „Ręką”.

Mocną stroną jest także nieprzewidywalność samej historii, a nawet zakończenia. Nigdy nie wiadomo skąd nadejdzie zagrożenie, ani kto będzie je stanowił. Czy będzie to wróg, a może przyjaciel. Zwrotów akcji jest naprawdę wiele, a niejeden sprawi, że szczęka wam opadnie.

Jako fanowi komiksów, animacji, filmów oraz seriali Marvela, „Iron Fista” oglądało mi się, lekko, szybko i przyjemnie. Przeciętny widz może jednak nie mieć tyle dystansu i cierpliwości co niejeden zapaleniec i szybko zniechęcić się do seansu najnowszego serialu Netflixa. Pomimo całej masy negatywnych recenzji sugerowałbym jednak  dać szansę Danny’emu Randowi i jego misji, bo jest to wg mnie tego rodzaju rozrywka, która wbrew powszechnej opinii, najlepiej zabija nudę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>