Vinyl – czy warto?

źródło: filmweb.pl

W obecnych czasach niewiele rzeczy wydaje się być pewnych. Cytując Benjamina Franklina „na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki”. Wydawałoby się, że pewny jest także sukces produkcji, w których udział bierze Martin Scorsese. W zeszłym roku przydarzył się jednak pewien wielki wyjątek od tej reguły o nazwie „Vinyl”.

10-odcinkowy serial stacji HBO promowany był jako wielki hit. Jeśli wziąć pod uwagę, że przy projekcie współpracowali Mick Jagger i Martin Scorsese, a swoje pięć groszy dorzucił także Terence Winter, to wydawało się, że mamy do czynienia z kolejnym świetnym serialem na kolejne kilka lat. Coś jednak nie wyszło.

„Vinyl” opowiada historię Richiego Finestry, prezesa wytwórni muzycznej American Century Records, który stoi w obliczu wielkich zmian. Poznajemy jego partnerów i współpracowników, zaglądamy także w jego życie prywatne, no i oczywiście nie brakuje mafii, a to wszystko w Nowym Jorku lat 70.

Pierwszy odcinek serialu trwa niemal dwie godziny i wprowadza nas w szalony świat w zgodzie z hasłem „Sex, Drugs and Rock & Roll”. Wyreżyserował go sam Scorsese, który przez resztę sezonu pozostawał już tylko producentem wykonawczym i być może jest to jeden z powodów dlaczego poziom „Vinyla” z każdym kolejnym epizodem zaczął spadać.

Już sama premiera wygenerowała masę przeróżnych wątków, więc ciężko było ocenić w jakim kierunku serial podąży. Jest morderstwo, uzależnienie od narkotyków, próba postawienia wytwórni na nogi i uratowania jej z bankructwa, jest też muzyka, nowe talenty oraz pełnoprawne gwiazdy Rocka. Wiele dróg, w których widz może dowolnie przebierać.

Nie da się ukryć, że jest to serial o muzyce, więc ta stanowi jego centralny punkt i nie zawodzi przez żaden z dziesięciu odcinków. „Vinyl” to jednak nie tylko rock & roll, to także soul, pop, jazz, country czy blues. W tle słyszymy covery wielu znanych piosenek, ale również tych mniej popularnych, nagranych między latami 50., a 70. ubiegłego wieku. Muzyka wpada w ucho, nierzadko pozwala też ukryć niedoskonałości serialu czy jego bohaterów.

Skoro już jesteśmy przy bohaterach, to w główną rolę wciela się Bobby Cannavale, nadaje jej życia i własnego charakteru, tworząc pełnoprawną gwiazdę tego serialu. Momentami jest go za wiele, a jego problemy potrafią przytłoczyć widza, nie da się jednak ukryć, że wyrasta ponad resztę obsady, a ta została starannie dobrana. Jest w niej chociażby gwiazda sitcomu „Wszyscy kochają Raymonda”, Ray Romano, grający jednego z partnerów Finestry, postać która wnosi sporu śmiechu oraz odrobiny tchórzostwa. Nie zapominajmy jednak o kobietach, bo i one wyglądają tu fantastycznie. Olivia Wilde, która wciela się w Devon, żonę głównego bohatera, jest równie emocjonalnie niezrównoważona jak jej mąż i pokazuje inną, artystyczną część serialu. Świetnie spisuje się także Juno Temple, grająca ambitną asystentkę w wytwórni, która chce przebić się na sam szczyt. Na dodatek pojawia się wiele postaci znanych ze świata popkultury jak, np. David Bowie, Lou Reed, Andy Warhol czy Alice Cooper i wszyscy spisują się wyśmienicie, a zobaczenie ich na ekranie jest atrakcją kolejnych odcinków.

Nie da się jednak ukryć, że serial miał swoje problemy. Sprawujący pieczę nad serialem showrunner Terence Winter, znany choćby jako scenarzysta „Wilka z Wall Street”, „Zakazanego Imperium” oraz „Rodziny Soprano”, przedwcześnie pożegnał się z serialem z powodu rozbieżności kreatywnych i wydaje się, że było to jednym z powodów, dla których ostatnie odcinki „Vinyla” sprawiały wrażenie zapychaczy, byleby dokończyć sezon.

W pewnym momencie „Vinyl” zaczął przypominać tzw. „samostójkę” i nie było widać żadnego kierunku w jakim zmierza. Z jednej strony oglądaliśmy próby ściągnięcia do wytwórni wielkich gwiazd rocka (Alice Cooper), nowych utalentowanych muzyków (Nasty Bits), a z drugiej przyglądamy się rozpadającemu się małżeństwu państwa Finestrów, alkoholizmem i narkomaństwem Richiego oraz próbą powrotu do kręgów artystycznych Devon. Na dodatek w tle prowadzona jest sprawa morderstwa jednego z radiowców wprowadza jeszcze więcej zamieszania. Powinna liczyć się tylko muzyka, zamiast tego fabuła została rozczłonkowana na wiele części.

Bardzo szybko, bo już po premierze, stacja HBO zamówiła kolejny sezon serialu jednak szybko wycofała się ze swojego oświadczenia, a „Vinyl” zakończył swój żywot po 10. odcinkach. Z jednej strony wskazywano na ograniczone środki finansowe, a serial był ekspensywny, z drugiej strony widownia nie kształtowała się w najlepszych liczbach, choć z początku nikomu to nie przeszkadzało.

Są jednak powody dla których nie należy spisywać tego serialu na straty. Gra aktorska, szczegółowe odwzorowanie Nowego Jorku lat 70., realizacja oraz genialna muzyka wystarczą by zasiąść do seansu jedynie 10 odcinków. Bądź co bądź, Martin Scorsese maczał w projekcie swoje palce, więc każdy fan jego twórczości znajdzie tu elementy charakterystyczne dla jego produkcji – gangsterów, przemoc, narkotyki oraz idealnie dopasowaną muzykę, a przede wszystkim wykonanie na wysokim poziomie we wszystkich aspektach (reżyseria, charakteryzacja, kostiumy, zdjęcia). Fabułę można uznać za nieco hermetyczną, ale cóż to przy wielu kolorowych i różnorodnych postaciach, okazjonalnych niespodziankach i wciągającym tempie w którym ten serial podąża do sobie tylko znanego celu.

Jeśli zatem lubicie klimatyczne seriale, które nie zmuszają was do wysiadywania przy nich niemal całego roku oraz oferują wam w każdym epizodzie równą fabułę i stałą dawkę emocji, to zarezerwujcie sobie weekend i przysiądźcie do „Vinyla”, a przekonacie się, że nie jest to strata waszego czasu.

Jedno przemyślenie na temat “Vinyl – czy warto?”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>