X-Men: Apocalypse – recenzja

źródło: filmweb.pl

„X-Men”, to jedna z najlepszych, najpopularniejszych i najciekawszych serii komiksowych Marvela. Mutanci o zróżnicowanych umiejętnościach nie zdają się mieć końca, jedni chcą żyć jak normalni ludzie, drudzy uważają się za wyższą rasę, a jeszcze inni chcą używać swoich mocy by czynić dobro. Idealny materiał na ekranizację. Ostatnio jednak filmy o grupie profesora Xaviera zaliczyły spory spadek jakościowy, a najdobitniej obrazuje to „X-Men: Apocalypse”.

Byłem wielce podekscytowany, gdy dowiedziałem się, że kolejnym wrogiem filmowej grupy mutantów zostanie Apocalypse, istota o nieskończonej mocy, niemalże niepokonana. Jednak dobry przeciwnik to jedno, a dobry scenariusz to co innego.

Najnowsza produkcja wytwórni Fox tym razem przenosi nas w lata 80. Nadal mamy do czynienia z młodszymi wersjami dobrze nam znanych mutantów, których grono się powiększa. Starożytny mutant przebudził się ze swojego długiego snu i chce odzyskać panowanie nad światem. Rekrutuje więc swoich Jeźdźców Apokalipsy, ale na drodze staje mu profesor X i jego grupa podopiecznych. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być w porządku.

Niestety, z czasem absurdalne zdarzenia zaczynają się nawarstwiać. Magneto ucieka do Polski gdzie zakłada rodzinę i pracuje w hucie, ukrywając swoje moce przed wszystkimi. Nie wgłębiając się w szczegóły dodam, że Amerykanie nie przyłożyli się do tego, aby wiernie odwzorować obraz Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, a słuchanie polskich słów dukanych przez zagranicznych aktorów, to prawdziwy horror dla ludzkich uszu. I nawet Michael Fassbender tu nie pomoże.

Z drugiej strony, przed światem ukrywa się również Mystique, która pod przykrywką stara się pomagać mutantom. W ten sposób lądujemy w Berlinie i spotykamy takie postaci jak Angel czy Nightcrawler. Z kolei Charles Xavier zajmuje się swoim Instytutem dla Utalentowanej Młodzieży, przyjmuje nowe talenty i pomaga im opanować ich moce. Wyczuwa jednak zbliżające się zagrożenie ze strony Apocalypse’a i postanawia zbadać sprawę.

W ten sposób losy części bohaterów się przecinają. Największy problem polega jednak na braku większych konfrontacji pomiędzy dwiema stronami barykady. Gdy mutanci łączą siły w celu pokonania Apocalypse’a, ma to miejsce dopiero na samym końcu filmu. W międzyczasie mamy do czynienia z wieloma dialogami na temat zagrożenia, konfliktów między starymi znajomymi czy dylematach posiadania niechcianych mocy. Aż do końcowej części filmu brakuje po prostu akcji. Dopiero w jego drugiej części zostajemy zasypani jedną walką za drugą i tak aż do momentu kulminacyjnego.

W zasadzie nie można mieć żadnych zastrzeżeń wobec aktorów. Wycisnęli 100% ze scenariusza, który mieli przed sobą. McAvoy jako profesor Xavier coraz bardziej przybiera postać mentora i lidera z prawdziwego zdarzenia. Z kolei Fassbender jako Magneto podejmuje zupełnie niezrozumiałe decyzje od ukrywania się w Polsce zaczynając, a kończąc na zostaniu jednym z Jeźdźców Apokalipsy. Zbyt wiele do roboty nie miała także Jennifer Lawrence. Duży plus należy zapisać aktorom, wcielającym się w nowe postaci – Sophie Turner jako Jean Grey, Tye Sheridan jako Scott Summers czy Olivia Munn jako Psylocke.

Moim największym problemem jest jednak postać antagonisty, Apocalypse’a. Wciela się w niego Oscar Isaac i jest daleki od perfekcji. Największe zastrzeżenia budzi sama koncepcja tej postaci. W komiksach był to mutant o nowoczesnym wyglądzie, górujący nad pozostałymi wzrostem, siłą oraz inteligencją. W filmie został bardziej sprowadzony do formy egipskiego bóstwa chodzącego w dziwacznym stroju o fioletowej skórze. W sumie pan Isaac nie mógł tu zbyt wiele zdziałać, bo prócz obdarowywania swoich jeźdźców mocą i ostatecznego starcia z mutantami nie robi zbyt wiele.

„X-Men: Apocalypse” nadal potrafią jednak doskonale przenieść nas w klimaty świata zamieszkałego przez mutantów. Pomimo natłoku efektów specjalnych i choreografii scen walki pod koniec filmu, pozostawia on dobre wrażenia. Autorzy nadal wiedzą, w których momentach umieścić komiksowe smaczki oraz zasiać ziarno nowych wątków na przyszłość. Wydaje się jednak, że wynika to bardziej z naszego przywiązania oraz sentymentów do postaci serii niż bardzo ciekawej fabuły, imponujących mocy mutantów czy samej obecności Profesora X, Magneto, Bestii i innych. Zdaje się, że” X-Men” powinni już na dobre opuścić sale kinowe i spojrzeć prosto w twarz swojemu przeznaczeniu, którym powinna być telewizja.

Jedno przemyślenie na temat “X-Men: Apocalypse – recenzja”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>