Król Lew – recenzja

źródło: filmweb.pl

Niewiele jest filmów animowanych do których wracamy w ciągu naszego życia. Wraz z dojrzewaniem i wchodzeniem w dorosłość pojawiają się coraz to nowe obowiązki, praca, niektórzy zakładają rodzinę, zmieniają się priorytety. Dlatego też rzadko znajdujemy odrobinę czasu aby spojrzeć wstecz, przypomnieć sobie jak to było w dzieciństwie i czym się wtedy rozkoszowaliśmy. Postanowiłem więc wyrwać się z życiowej stagnacji i obejrzeć film, który z pewnością na wielu z was wywarł duże wrażenie. Mowa o „Królu Lwie”.

Obecnie można znaleźć wiele pozycji, które odniosły równie wielki bądź większy sukces komercyjny i krytyczny jak „Król Lew”. Jednakże jest to jedna z tych niesamowitych historii, które ciężko podrobić, a odciska swoje piętno na każdym z widzów. Film opowiada losy Simby, młodego Lwa który w przyszłości ma zastąpić swojego ojca jako lider stada i prawdziwy król zwierząt. Na tej drodze spotyka jednak wiele przeszkód i nie wszystko idzie zgodnie z jego oczekiwaniami.

Jak już wspomniałem, głównym bohaterem filmu jest Simba. Spotykamy zarówno jego dziecięcą jak i nieco starszą i dojrzalszą wersję. To typowy dzieciak, który chce się dobrze bawić i jest zapatrzony w swojego ojca. W trudnych okolicznościach musi jednak wziąć na siebie dużą odpowiedzialność. Jego ojciec Mustafa to okaz siły i życiowej mądrości, z kolei jego brat Skaza, to spryciarz, kłamca i zazdrośnik i od razu wiadomo, że możemy się po nim spodziewać samych złych rzeczy. Do tego jest także przezabawna para surykatki i guźca czyli Timon i Pumba, którzy czerpią z życia to wszystko co najlepsze, po prostu „Hakuna Matata”.

Na chwilę obecną mogliśmy obejrzeć masę produkcji, w których główne role przyjmują zwierzęta. W 1994 r. gdy swoją premierę miał „Król Lew” ta sytuacja wyglądała zgoła inaczej. Nieważne czy widziałeś animację jako dorosły czy jako dziecko, nie można było przejść obojętnie obok „Wielkiego kręgu życia” i pięknych animowanych zwierząt go zamieszkujących.

„Króla Lwa” pamiętamy jednak nie tylko dzięki animacji, na ten czas rewolucyjnej, ale także, a może i przede wszystkim dzięki muzyce. Giganci muzyki – Elton John oraz Hans Zimmer podjęli się próby skomponowania utworów, które wpiszą się w afrykański krajobraz, a jednocześnie podkreślą zarówno trudne, gorzkie chwile jak i radosne momenty, pełne życia i humoru. Słowa do niezapomnianych hitów napisał Tim Rice, ale bądźmy szczerzy, większość z nas doświadczyła zdubbingowanej wersji filmu, co i tak nie przeszkodziło nam w jego odbiorze. Wielkie zasługi należy oddać tu Filipowi Łobodzińskiemu, który odpowiada za polskie adaptacje piosenek.

Pozostając przy dubbingu. W filmie swoich głosów użyczyły takie gwiazdy jak choćby Matthew Broderick, Jeremy Irons, James Earl Jones, Whoopi Goldberg czy Rowan Atkinson. Nasza rodzima wersja nie odstawała jednak poziomem od oryginalnej, a to wszystko nie tylko dzięki dobrze dobranej grupie osób, ale również dzięki tej niepowtarzalnej fabule. Powierzonemu zadaniu sprostali Wiktor Zborowski, Michał Mech i Paweł Tucholski, Katarzyna Skrzynecka czy niezapomniany duet Krzysztof Tyniec – Emilian Kamiński.

A więc co takiego ma w sobie „Król Lew”, że pomimo 23 lata na karku ciągle się nim zachwycamy, płaczemy i śmiejemy się, śpiewamy piosenki razem z bohaterami? To po prostu opowieść, która mogłaby mieć miejsce w ludzkim świecie. Jest w niej miejsce na rodzinną miłość, cierpienie z powodu utraty, wzloty i upadki w dorastaniu czy powrót do rodzinnego gniazda i zmierzenie się z własnym przeznaczeniem. Na ekranie może i są zwierzęta, ale w środku mają ludzkie dusze, z którymi każdy jest w stanie się utożsamić.

„Król Lew” okazał się być największym hitem Disneya w latach 90. Został uhonorowany dwoma Oscarami i trzema Złotymi Globami, w tym jednym w kategorii „Najlepsza komedia lub musical”. Film doczekał się dwóch kontynuacji, choć może nie tak udanych, a także serialu animowanego o przygodach Timona i Pumby. A to wszystko, to tylko mały wycinek jego sukcesu.

Oglądając „Króla Lwa” po raz pierwszy od kilkunastu, może nawet dwudziestu lat, poczułem się znów jak mały dzieciak, którego interesuje wyłącznie to, że jest z całą rodziną, zdrowy i bezpieczny i nikt mu tego nie odbierze. I podobnie jak kiedyś, w momentach zabawnych śmiałem się, w momentach smutnych płakałem, ale ani na chwilę nie chciałem oderwać wzroku od ekranu telewizora. W czasach w których jesteśmy zalewani ze wszystkich stron przeróżnymi produktami, warto choćby na chwilę oderwać się od rzeczywistości, przystanąć, zebrać całą rodzinę, nawet jeśli jest daleko, nawet jeśli jesteście skłóceni, i pozwolić sobie na odrobinę miłości, która płynie z tej animacji. Pozwólmy sobie na jak najwięcej takich chwil, gdyż nigdy nie wiemy kiedy one się skończą.

Jedno przemyślenie na temat “Król Lew – recenzja”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>