Kill Bill – recenzja

źródło: filmweb.pl

Szlachetnym rodzajem zemsty jest wybaczenie pokonanemu”. Gdyby to przysłowie miało zastosowanie do każdego przypadku, to z pewnością świat byłby lepszym miejscem. Tak jednak nie jest, a dzięki temu jesteśmy w stanie nacieszyć swoje oczy jedną z najlepszych historii o wendetcie XXI w. czyli „Kill Bill”.

O Quentinie Tarantino wiadomo tyle, że zawsze przygotuje dla widza wymagającą i wciągającą historię, taką która zaangażuje emocjonalnie, oczywiście z odpowiednią ilością tego „tarantinowskiego” stylu – świetnie dobrana muzyka, lejąca się strumieniami krew i mocno zarysowane charaktery, to tylko niektóre z jego cech.

Przejdźmy już jednak do samego filmu. Z powodu jego objętości, reżyser został zmuszony podzielić go na dwie części, choć nie taki był jego początkowy zamysł. Film opowiada historię „Czarnej Mamby”, która pozostawiona na śmierć na ołtarzu, budzi się po ponad czterech latach ze śpiączki i opracowuje zemstę na „Plutonie Śmiercionośnych Żmij”, a przede wszystkim na jego liderze, Billu.

Przeprowadzając nas przez podróż bohaterki, Tarantino dzieli film na poszczególne rozdziały, niekoniecznie w kolejności chronologicznej, których w sumie jest dziesięć.

W główną rolę wcieliła się Uma Thurman, która przeszła intensywny trening w posługiwaniu się samurajskim mieczem, znajomości języka japońskiego oraz chińskich sztuk walki. Wtórują jej świetni aktorzy, choć to akurat norma u Qunetina Tarantino. W rolę Billa wciela się legenda filmów akcji, David Carradine, a jego przybocznych grają Michael Madsen, Lucy Liu, Vivica A. Fox oraz Daryl Hannah. Każda z tych postaci ma swój wątek, krótszy lub dłuższy, który pozwala reżyserowi na wcielenie w życie różnych pomysłów.

Na oddzielne miejsce zasługuje muzyka, którą ciężko się nie nachwalić. Tarantino z jednej strony miesza delikatne i emocjonalne rytmy japońskiej muzyki instrumentalnej, z drugiej strony w tle słyszymy zespół The 5, 6, 7, 8’s. W innym miejscu usłyszycie rytmy latynoamerykańskie , a nawet hip-hop. Produkcją muzyki do filmu zajął się RZA i poukładał wizję reżysera w sposób iście perfekcyjny.

Filmy Tarantino to także, a może nawet przede wszystkim lejąca się strumieniami krew. Albo się to lubi albo nienawidzi. Sam reżyser podchodzi do tego aspektu w sposób specyficzny. W filmie nie jest bowiem zaprezentowane najbardziej realistyczne podejście do tego tematu, ale ma to wszystko swój urok. Raz na czarno-biało, innym razem na kolorowo, raz ucięta zostaje ręka, a innym razem głowa, ale efekt jest ten sam. Pogłębia wagę wydarzenia, którego jesteśmy świadkami i obrzydza bądź rozwesela.

Wiele osób spiera się na temat jakości filmu i jego sensu. Jedni uważają, że jest to hołd złożony kinu azjatyckiemu, inni że jest to prawdziwe arcydzieło, a część uważa nawet że jest to przepełniony brutalnością i kiczem filmowy średniak. Przekonajcie się sami.

Według mnie jest to najoryginalniejszy film Tarantino, film który nie obył się bez błędów, ale pozostawił mnie wbitego w fotel na długo po jego obejrzeniu. Z wielką przyjemnością stwierdzam również, że starzeje się on z gracją, a za każdym razem gdy go oglądam, wydaje się lepszy. Znajdziecie tu japońską animację, walkę na samurajskie miecze, kobietę zakopaną żywcem czy w końcu wielką niespodziankę. Uma Thurman skradła show, choć ciężko żeby było inaczej. Świetnie współpracuje z każdą z gwiazd i choć może wydawać się jedną nudniejszych postaci, to w końcu za jej zemstą podążamy i to jej kibicujemy w tej podróży.

Najważniejsze pytanie pozostawiam jednak na koniec. O czym tak naprawdę jest ten film? O zemście, prawda? Nie jest to jednak tak proste jakby mogło się wydawać. Z jednej strony mamy Billa, któremu wiele nie potrzeba żeby wyjść na wielkiego sadystę. Mógłby po prostu sobie odpuścić, ale tak nie jest. Z drugiej strony „Czarna Mamba” dokonuje zemsty i to w nie najbardziej humanitarny sposób znany światu. Można powiedzieć, że musi zniżyć się naprawdę nisko, żeby osiągnąć upragniony cel, ale czy wie co czeka na nią na końcu drogi? Tych i wiele innych pytań można sobie zadawać w trakcie tej podróży, choć może się wydawać, że mamy przed oczami zwykłą jatkę i naparzankę. Jeśli jednak dacie filmowi szansę, doczekacie do samego końca, zobaczycie, że chodzi tu o coś więcej niż zabicie tytułowego Billa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>