Legion Samobójców – recenzja

źródło: filmweb.pl

O „Legionie samobójców” powiedziano już wiele. Film spotkał się z krytyką, szczególnie za oceanem, ale fani i kinomaniacy postanowili pójść do kin. Nie przejmowałem się wszelkimi doniesieniami i także w końcu udałem się na seans. Po wszystkim stwierdzam, że moje odczucia są raczej pozytywne i piszę to obiektywnie, nie bacząc na fakt, że jestem wielkim miłośnikiem komiksów i sporo o „Suicide Squad” wiedziałem jeszcze przed premierą. Potrafię jednak zrozumieć problem jaki niektórzy mają z tym obrazem, bo tych także nie brakuje.

Już początek nowego filmu Davida Ayera, to nie lada zagwostka dla widza. Zawiązanie historii jest bowiem jego piętą Achillesa. Pani Amanda Waller, która jest pomysłodawczynią projektu spotyka się z szychami z rządu i po kolei przedstawia potencjalnych członków legionu. Na ekranie przewijają się więc wszyscy bohaterowie i krótkie wstawki wyjaśniające jak znaleźli się w więzieniu. Dało się tu wyczuć brak spójności i oderwanie od głównego tematu, a ten zostaje przedstawiony dopiero w połowie filmu.

I tu kolejny problem, czyli złoczyńca. Jego pojawienie się jest związane z postacią Enchantress i wydaje się być mocno wymuszone. Zresztą wraz z jego obecnością na ekranie, film nabiera innego tempa, można nawet powiedzieć, że w tym momencie można podzielić całość na dwa filmy. W końcu ktoś musi się zająć wielkim złym. Wpływa on także na pojawienie się przed naszymi oczami wielkiej rozpierduchy rodem z „Transformers”. Szczerze powiedziawszy jak dla mnie zbyt dużej.

Początek może wydawać się trochę wolny i niespójny, ale jego oglądanie umili widzowi świetnie dobrana muzyka, jeden z największych atutów „Legionu Samobójców”. Jest to połączenie muzyki współczesnej, utworów na czasie oraz klasycznych, znanych wszystkim kawałków. Co prawda nowe melodie słyszymy bardzo szybko i może to przytłoczyć, jednak zostały dobrane świetnie do poszczególnych bohaterów i sytuacji.

Czas na kwestię sporną, o której mówiło się najwięcej w przypadku filmu Davida Ayera. Chodzi tu oczywiście o Jokera. Nie jestem zwolennikiem tworzenia hierarchii kreacji tej popularnej postaci. Dla mnie każdy Joker wnosi coś innego i nie ma sensu porównywanie ze sobą Jacka Nicholsona, Heatha Ledgera i Jareda Leto. Ten ostatni stanął przed dużym wyzwaniem, któremu według mnie sprostał. Jego Joker, to prawdziwy gangsta. Jest postacią bardzo współczesną i oczywiście szaloną, może nawet najbardziej ze wszystkich jakich do tej pory oglądaliśmy. Nie znamy jednak jego motywacji do szaleństwa i rozpusty, ale to co widzimy na ekranie w zupełności wystarczy, by uwierzyć, że mamy do czynienia z największym rywalem Batmana. Być może nie jest to książę zbrodni, ale razem z Harley tworzą udaną parę i mocno zakręconą.

W dużej mierze film świetnie się ogląda dzięki postaciom. Największe role mają Harley Quinn i Deadshot, ale każdy z pozostałych anty-bohaterów jest w stanie zaprezentować część siebie i zaciekawić widza. Show skrada jednak Margot Robbie. Zdaje się jakby całe życie nie robiła nic innego, tylko była szalona i rozrabiała na ten swój szalony sposób, na pierwszym miejscu mając samopoczucie „Pana J”. Nowa iteracja strzelca wyborowego w wykonaniu Willa Smitha też wygląda świetnie. Twórcy postawili w tym przypadku na ważny element życia Floyda Lawtona, czyli jego rodzinę i nie mogli znaleźć nikogo lepszego do tej roli. Dialogi pozostawiają jednak nieco do życzenia. Da się usłyszeć świetne teksty, ale są to często tzw. „one-line jokes”. Trzeba jednak podkreślić, że stworzenie tych wszystkich postaci na potrzebę „Legionu” to majstersztyk. Każda z postaci została przeniesiona do XXI w. i nie przypomina już swoich komiksowych pierwowzorów. Każda z nich jest jednak dopracowana, kolorowa, złoczyńcy z plansz komiksów ożywają na naszych oczach.

Co do samej rozwałki i scen walki wszystko wygląda poprawnie. Kolejnymi przyjemnymi niespodziankami jest obecność na ekranie znanych nam bohaterów, choćby na chwilę. Nie będę zdradzał o kogo chodzi, powiem tylko, że są to przyszli członkowie Ligi Sprawiedliwych. W gruncie rzeczy miałem jednak wrażenie, że legion jest za duży i gdyby go zmniejszyć, można by wtedy bardziej skupić się na każdej z postaci i fabuła by na tym nie ucierpiała. Weźmy na ten przykład Katanę. Pojawia się w zasadzie znikąd i okazuje się, że ma chronić dowódcę zespołu, Ricka Flaga, na wypadek gdyby któryś ze złoczyńców postanowił go załatwić. Dowiadujemy się też troszkę na jej temat, ale myślę, że można było obyć się bez niej. Podobnie jest z kilkoma innymi postaciami, po seansie ciężko jednak byłoby zadecydować którego z nich usunąć.

Film pozostawia po sobie jednak głównie pozytywne wrażenia. To mieszanka akcji w szybkim tempie, w rytmie dobrej muzyki, ze złoczyńcami, którzy muszą działać w imię dobra, oczywiście wbrew swej woli. David Ayer przywraca zbrodniarzy do łask i można śmiało powiedzieć, że po obejrzeniu „Legionu Samobójców” bycie złym znowu jest cool!

Jedno przemyślenie na temat “Legion Samobójców – recenzja”

  1. ~lola pisze:

    wystrzałowo piszesz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>