Jason Bourne (2016) – recenzja

źródło: filmweb.pl

Jason Bourne odszedł na emeryturę w 2007 r. Pięć lat później, ktoś nieudolnie próbował go wskrzesić. W końcu w 2016 r. Jason Bourne powrócił w filmie zatytułowanym po prostu „Jason Bourne”. Jak jednak wiadomo, emerytura jest po to, żeby już nie pracować! Były agent nie posłuchał, a chyba powinien.

Bardzo sceptycznie podchodziłem do nowego filmu z Mattem Damonem w roli głównej. Oczywiście, nie ze względu na aktora, a ze względu na historię, którą uznałem za przyzwoicie zakończoną i to dawno temu. W Universal Pictures panuje niestety moda na remake, kontynuacje i najwyraźniej brakuje im pomysłów. Bourne wrócił na ekrany za Paula Greengrassa, odpowiedzialnego za „Krucjatę” i „Ultimatum”. Tym razem coś nie wyszło.

Bourne ukrywa się w Europie, gdzie bije się za pieniądze i żyje od dnia do dnia. Pani Nicky Parsons, była agentka CIA zwęsza przekręt w agencji i kontaktuje się z bohaterem, jakby na siłę wciągając go w tę grę. Już więc samo zawiązanie fabuły wydaje się wymuszone. Jakby tego było mało, to w filmie mamy sporo odniesień do wcześniejszych przygód Bourne’a, jeśli nie oglądaliście poprzednich części, to lepiej to zróbcie, bo możecie się pogubić.

Matt Damon, to Matt Damon, a on zawsze daje radę. Łatwo wchodzi w buty postaci, która znacząco rozwinęła jego karierę. Wygląda świetnie, wykonuje wszystkie niebezpieczne akcje, na spółkę z kaskaderami i wierzymy w jego Bourne’a. Jednak zamiast tajemniczości i klimatu thrillera, ktoś postanowił, że powinien to być film akcji i totalna rozwałka rodem z Avengersów czy Transformersów przewija się na ekranie dość często. Są oczywiście sceny, gdy Bourne gra ze ścigającymi go agentami w kotka i myszkę i robi te wszystkie szpiegowskie sprawy, giną one niestety pod ciężarem rozpierduchy, która ma miejsce wszędzie gdzie on się znajdzie.

Nie pomaga tu specjalnie Tommy Lee Jones, który gra szefa CIA, ani Alicia Vikander, która zajmuje się w agencji działem informatycznym. Jej rola jest przynajmniej charakterystyczna i nawet wiąże się z nią nieoczekiwany zwrot akcji na sam koniec, ale nie zmienia to faktu, że jest dosyć sztywna i mało naturalna.

Co prawda jest dużo lepiej niż w nieudanym „Dziedzictwie Bourne’a”, ale w oryginalnym scenariuszu brakuje tego z czego słynie proza Ludluma. Myślę, że fakt stworzenia filmu bez inspirowania się jednym z dzieł popularnego autora, wybitnie odbił się na jakości stworzonego dzieła. Film nie wyróżnia się absolutnie niczym. To po prostu dobry film o Jasonie Bourne, ale bez tajemnicy, dreszczyku emocji, nieoczekiwanych wydarzeń. Jeśli macie wolny czas i wam się nudzi, to śmiało możecie się na niego wybrać. Nie proponowałbym jednak specjalnie rezerwować wolnego czasu na seans nowego filmu Greengrassa. Mam nadzieję, że ten Bourne wróci teraz na emeryturę i to na stałe.

5/10

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>