Hardcore Henry – recenzja

źródło: filmweb.pl

Ostatnio coraz trudniej o dobre kino akcji. Seria „Niezniszczalni” pokazała, że większość jego gwiazd się postarzała i przyszedł czas na nową, świeżą krew. Taką z pewnością przyniósł, dla mnie jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku, „Hardcore Henry”, który doskonały z pewnością nie jest, ale oferuje widzowi coś, czego na szklanym ekranie dawno nie było.

Historia jest w sumie bardzo prosta. Henry budzi się w laboratorium ze swoją żoną. Okazuje się, że miał wypadek, a małżonka musiała poskładać go do kupy. Gdy zostaje ona porwana przez złowieszczego Akana, Henry postanawia odbić ją z rąk władającego telekinezą rosyjskiego tyrana.

Brzmi jak fabuła taniego filmu klasy B. W tym miejscu wspomnę jednak o bardzo istotnym detalu. Wydarzenia oglądamy z perspektywy Henry’ego, jest to więc pierwszy bodaj film w historii kina pokazany z perspektywy pierwszej osoby. Przez większość czasu miałem wrażenie, że obcuję z rasową strzelanką jak „Call of Duty”, „Crysisem” czy „Far Cry”.

Dla autora nie liczy się fabuła, liczy się liczba trupów, które padają jak muchy, Trup ściele się gęsto, a bohaterowie prześcigają się w różnych sposobach na pozbycie się swoich wrogów. Stanowi to przyjemną odmianę od typowego kina akcji, w którym zazwyczaj główne postaci starają się uniknąć tego typu sytuacji.

Być może pierwsze skrzypce gra nasz tytułowy bohater, a przede wszystkim jego ręka, ale show skradł Jimmy odegrany przez Sharlto Copleya. Nie zdradzając fabuły powiem, że co chwila pojawia się w nieoczekiwanych momentach w coraz to nowych wcieleniach i niewiele sobie robi z zadawanych przez przeciwnika ran.

Efekty specjalne stoją na dobrym poziomie. Przez 90 minut trwania filmu, ani przez chwilę nie odczułem w nich żadnej tandetności czy pójścia na łatwiznę. Najlepsze wrażenie sprawiają oczywiście sceny, w których ludzie giną, bo dzieje się to bardzo realistycznie, choć z pewnością czasami w sposób mocno przerysowany.

Reżyser, scenarzysta i producent w jednym, Ilya Naishuller łamie wszelkie konwenanse z kina akcji i garściami czerpie z jego klasyki. Czego tu nie ma. Facet-Robot, pościgi na motocyklach, spadek z przestworzy. A warto dodać, że większość historii ma miejsce w Moskwie, która pokazuje wiele swoich odcieni. Jedyne co momentami mi przeszkadzało, to perspektywa pierwszej osoby, która po pewnym czasie dała się we znaki mojemu wzrokowi, choć z pewnością u każdego może nastąpić inna reakcja.

Jeśli jesteście fanami nieszablonowej rozrywki, z pewnością jest to pozycja przeznaczona dla was. „Hardcore Henry” to film, w którym akcja została maksymalnie skondensowana w taki sposób, że nie ma nawet chwili wytchnienia, a jeśli mrugniesz, to możesz przegapić coś naprawdę spektakularnego. Możecie zatem śmiało grzać fotele, bo po seansie tego obrazu nie zabraknie wam ciepła na całą zimę.

Ocena 7/10

3 przemyślenia na temat “Hardcore Henry – recenzja”

  1. ~Gaja pisze:

    Pisz częściej bo fajnie się czyta:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>